O schronisku Jak pomóc Kontakt Kto nas wspiera Galeria zdjęć Nasz patron home >>>
O nas w prasie

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]

Zwrotnik człowieka

Kiedy w Celestynowie zabrakło pieniędzy, zwierzęta miały zakończyć swoje pieskie życie. Pomoc nadeszła niespodzianie.

Telefon z Londynu. Emerytka, która tylko siedem lat mieszkała w Polsce, pyta, jak może pomóc naszym bezdomnym zwierzętom.
- Proszę porozmawiać z kierowniczką - odpowiada pracownica schroniska.
- To ta pani, która rozpłakała się w telewizji? - upewnia się ofiarodawczyni.

- Musimy trochę popłakać, żeby im było lepiej - próbuje żartować pani Iza Działak, opiekująca się schroniskiem dla zwierząt w Celestynowie.
- Gdyby nie ludzka życzliwości wsparcie finansowe, chyba musielibyśmy nasze psy uśpić - mówi pani Iza i znowu wyciera oczy. Przed tygodniem tak samo zareagowała przed kamerami telewizyjnymi. I nie była to rozpacz udawana. Cztery dni od ogłoszenia tamtej akcji. Kierowniczka nie może wydobyć z siebie głosu. - Istny cyrk! - cieszy się.
- Odbieram telefony od ósmej rano do jedenastej w nocy. Oby to jeszcze potrwało. Dzwoniący pytają o numer konta, proponują pomoc rzeczową, wyrażają uznanie "dla takiej pracy".
- Nie, nie spodziewałam się takiego odzewu - mówi pani Działak. W Celestynowie (schronisko utrzymuje się wyłącznie ze składek) ciepło i dostęp do miski znalazło ponad czterysta psów, koń prawie zakatowany przez właściciela, kilkanaście kotów i najzwyklejszy szarak. W ubiegłym roku było też 150 stepowych żółwi odebranych handlarzom. Osiemdziesiąt psów po akcji w telewizji, prasie i radiu ma nowych właścicieli.
- Nigdy psów nie usypialiśmy - podkreślają w schronisku - z wyjątkiem tych ciężko chorych i cierpiących.

Starszy mężczyzna kładzie na stół pięć milionów, odwraca się i wychodzi. - Proszę wziąć kwit. Proszę pozwolić sobie podziękować - krzyczy za nim pani Iza. Kolejnemu podobało się, że "tak dużo psów jest na wolności i że tak rozrabiają".
Ludzie przysyłają po 50, 100 i 200 tysięcy. - Jesteśmy coraz biedniejsi - tłumaczy ten fakt kierowniczka i odbiera kolejny telefon. Dzwoni kobieta z Białostockiego, która ma kilka psów i kilka kotów. Teraz chciałaby zabrać ze schroniska królika.
- Pani go nie zamorduje? - upewnia się pani Iza. - A pieski nie zrobią krzywdy? - sonduje dalej. - Niektórzy dowcipkowali - to do mnie -żebym przerobiła go na pasztet, ale ja wychowałam go od dziecka...
Kolejna kobieta z południa Polski pyta, dlaczego pies przywieziony z Celestynowa nie chce jeść zupy jarzynowej. - Saba lubi kaszę z mięsem - odpowiada pani Iza.
-Wszystkie moje wnuki zrezygnowały z prezentów imieninowych. Te pieniądze prześlemy wam jutro - obiecuje dzwoniąca. Podobny apel o wsparcie ogłosili w maju. Pieniądze wpływały przez półtora miesiąca. - Najbardziej męczy mnie ta niepewność, co dam psom jeść jutro, pojutrze - wzdycha pani Działak.
- Najlepiej, gdyby znalazł się ktoś, kto chciałby nas sponsorować. Dzisiaj na poczcie czeka dwanaście przekazów na sumę 5 mln złotych. Miesięczne wydatki na schronisko sięgają 70 mln złotych.

Jamniczka, która na śniadanie "obleci" cztery miski zaczyna dzień o wpół do szóstej rano. Pozostałe psy stoją na piętrze, przed drzwiami kierowniczki. O szóstej wszyscy idą na spacer do lasu. W tej chwili Nocka (przyszła do schroniska o trzeciej nad ranem) próbuje ukraść długopis.
- Cały dzień rozrabia, a jeszcze wczoraj umierała - śmieje się pani Iza. Maks reaguje na każde moje poruszenie się. - Nie daj Boże, żebym gwałtownie wstała zza biurka - mówi pani Iza. Młoda dziewczyna decyduje się na czarnego kundelka. - Na pewno macie państwo ogródek? Na pewno pies nie pójdzie na łańcuch?- egzaminuje ją kierowniczka. - Pani pozwoli, że za jakiś czas przyjedziemy...
Benek trafił na lisią fermę ("Ryczałam jak wół, a on dobrowolnie wsiadł do samochodu, wiedział, że musi odejść"), Bulinka do dziennikarki, Żanetka do profesora muzyki. Suka, nowofundland, bez przerwy walczyła z innym psem. - Muszę ciebie oddać - strofowała ją przybrana opiekunka - żebyście nie zrobiły sobie krzywdy. Przyjechała kobieta, która miała odebrać innego psa, a ta suka natychmiast do niej podeszła i położyła łapy na kolanach.
- Poszła do samochodu. Pewnie uznała, że skoro musi tak być, ona sama wybierze sobie panią. - Każdy chce mieć swój dom - pociesza panią Izę Alicja Wojciechowska, lekarz weterynarii, pracująca od czterech lat w schronisku.

- Przede wszystkim należy walczyć z tymi, którzy przyprawiają zwierzę o cierpienie - tłumaczy Jadwiga Zielińska - inspektor społeczny Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, często biorąca udział w programie "Animals". - Nie jesteśmy w stanie zapewnić wszystkim dobrej starości. W województwie sieradzkim jest ktoś, kto łapie psy, trzyma w szopie, a potem zabija pałką i przetapia je na tłuszcz.
W obecności kilkunastoletniej córki, ojciec motyka skatował własnego psa "do krwi". Dziewczyna najpierw próbowała pomóc zwierzęciu, potem rozpaczała, potem nie odzywała się do ojca. Pies i tak został wywieziony w nieznane. - Wiem, że błąka się po okolicy, jest ślepy i wycieńczony, a ja nie wiem, co mam robić - skarży się dziewczyna.
Kilkunastoletni chłopak wyznał na spowiedzi (takiemu księdzu, który przy każdym rachunku sumienia pyta, czy przystępujący nie znęcał się nad zwierzęciem), że uczestniczył w praktykach satanistów. Później błagał o możliwość "zwolnienia" go z uczestnictwa w rytualnych mordach zwierzaków, i o możliwość odejścia. Grupa zagroziła, że go zabije, jeśli ujawni komukolwiek fakt jej istnienia. - Zwróciłam się do detektywów z pytaniem, ile kosztowałoby jej wykrycie. Usłyszałam: Tyle i tyle bierzemy na godzinę, tyle i tyle za przejechany kilometr... Nie byłam w stanie zaakceptować takiego rozwiązania.

W kraju powstało siedemdziesiąt klubów "Animals". Młodzież warszawskiej szkoły pomaga emerytce, która znalazła kundelka "pod nogami". Wyrósł z niego duży pies, który ucieka na widok każdego człowieka, z wyjątkiem swojej opiekunki. Emerytka zwróciła się do Fundacji "Animals" z prośbą o pomoc finansową na utrzymanie czworonoga. - Poratowałoby mnie sto pięćdziesiąt tysięcy złotych miesięcznie - napisała.
Młodzież z innej warszawskiej szkoły pomaga pani, która przygarnęła wszystkie bezdomne psy z okolicy. 12-, 13-latki wymyśliły takie hasło "Jedna guma do żucia mniej i ratujesz jakieś zwierzę". -Kochamy ptaki i zwierzęta. Co mamy robić, żeby im pomóc?- pytają najczęściej dzieci. -Protestować w przypadku dręczenia - odpowiada pani Jadwiga. - Trzeba zdobyć się na odwagę stawania w ich obronie, i pamiętajcie, że wasze składki powinny być bardzo małe. Nie możecie obciążać budżetu rodziców.

- Psy nie zrobią człowiekowi krzywdy, co najwyżej obszczekają - dowodzi Alicja Wojciechowska, która za żadną cenę nie zamieniłaby pracy w schronisku na pracę z ludźmi. - Psy zawyłyby się na śmierć, gdybym odeszła - żartuje Maryla Jarosławska (dziewięć lat pracy w Celestynowie).
- O Boże - mówi o ludziach - lepiej nie wspominać, co oni robią ze zwierzętami.
- Tych horrorów nie da się opisać - twierdzi Stanisław Kubaj (trzy lata pracy w schronisku).
- Można przecież oddać psa komuś innemu, można oddać go do schroniska, można uśpić, ale przyczepić w środku lasu do drzewa?
Kilkanaście psów chodzi za panem Stanisławem krok w krok. - Ja sprzątam boksy, a one pilnują na zewnątrz, czy dobrze wykonuję swoje obowiązki - dowcipkuje i schyla się po taboret, żeby pogłaskać "płaczącego" kundelka. Kundelek ma złamany mostek. Jego pan wyrzucił go z samochodu.

Zofia Uszyńska

<<< powrót

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]